Wakacje, słoneczko, palemki i drinki, czyli urlopie przybywaj! A tak poważnie to deszcz, szaruga, browar
i dorsz panierowany. Tak wygląda obecnie lato w naszym pięknym kraju. Jednak nie o zmieniającym się klimacie, a o nadmorskiej atmosferze. Historia z ośćmi, niesnaskami i dziećmi pozostawionymi samym sobie.

Już po raz drugi przypadł mi zaszczyt pracować w nadmorskiej sezonowej restauracji (słowo klucz to restauracja – czyli nie jebana smażalnia ryb z panem Mietkiem, a wysokie ceny i dłuższy czas przygotowania potraw, pod którymi dumnie podpisuje się szef kuchni). Mała mieścina, spokojna starsza ludność i morza szum, która na trzy miesiące zamienia się w przystanek Januszo-stok. Jest super. Przysięgam, trzymając ironię na krótkiej smyczy. Ja nie narzekam.

Ja tu tylko sprzątam – jak mawiał klasyk.

Ja i sprzątam, serwuje i napierdalam dobrą sprzedaż, żeby wszystkim żyło się lepiej, a w szczególności mi, bo opłaty i życie nie rozpieszcza – czyli szarówa, którą da się przegonić, uczestnicząc w takiej przygodzie.

Rankiem sprzątanie restauracji. 12:00 otwarcie, zazwyczaj przestój, bo parawany jeszcze na plaży. Rozkręca się koło 14:00 – dzieci jeść muszą, czyli nuggetsy z frytkami, czyli przygody z juniorami, czyli dzieci też są gośćmi restauracji. Przybywają dwie rodziny, rozsiadają się i zajmują swoimi wózkami pół restauracji (wózki, parawany, koła do pływania [napompowane- a jak!]). Spoko. No poważnie nie mam żadnych obiekcji, jebać piach, który wnoszą ze sobą, karty menu idą w ruch tak jak i zabawki w kąciku dla dzieciaków. Rosołki, pomidorowe (8,50 PLN  za zupę, no kurwa chyba ze złotej kury była robiona), nuggetsy z frytkami (domowe frytki?! A nie macie jak w McDonaldzie, bo Junior takie lubi najbardziej) i piwerko dla rodziców. Zupy – mimo że nie za 5 zł znikają. Drugie dania również, rozwrzeszczane dziecięce usta… rachunek… i wyjście. Niby spoko. No chuj, ponarzekali na ceny, ale zadowoleni wyszli.

No a jak mieli wyjść niezadowoleni, jeśli dzieci zajęły się sobą i rozjebały kącik dziecięcy, roznosząc zabawki po całej restauracji, puzzle, klocki, kredki zmieszane w tetris na podłodze. Nawet jebana zjeżdżalnia przesunięta o 10 metrów pod toaletę. JAK? JAAK!?

Sprzątam. Ja tu tylko sprzątam. Ale… wtedy rozmyślam o pojebach śmiecących w parkach, ryjących zryte napisy na drzewach, ławkach. Bo co wspólne to niczyje c’nie? Rodzice, którzy przez 40 minut serwisu nie mają pojęcia, co robi ich dziecko, bo co może zrobić złego, skoro jest 20 metrów od nich.

Idę z zupami na tacy, dzieciak wbiegł we mnie, no nie takie akcje się przerabiało – wiem, że muszę to wziąć na siebie. Matka, która podbiega, dalej nie zważając, że trzymam w ręku tacę, łapie dzieciaka, który jest pod tacą z zupami, której nie dam rady już bardziej odsunąć od niego, jednak owo dziecko ma kurwa przednią rozrywkę, chowając się jak pod parasolem. Matka łapie swego potomka i …

– Czy jesteś normalna to taca z zupami!

Poważnie? Po-kurwa-ważnie?! Szybkie – za szybkie przejście z pani na ty, Grażyna, wiem, że jestem dzika, ale w pracy,  przy serwisie nie odpierdalam. Jestem poważna i rozsądna. Wiem, czym jest gorąca zupa. Wiem, czym jest taca pełna napoi i wiem, jak potrafi być ciężka. Wiem, jak jest potłuc tacę pełną szkła i jak jest wylać na siebie zupę, wiem też, jak jest, kiedy gość na siebie wyleje zupę i wini kurwa wszystko dookoła. Więc tak, Halino. Jestem normalna i wiem, czym jest taca i zupa.

Dzieci nie uczą się bałaganu od nikogo. Dzieci, jeśli dostają zgodę na bałagan lub brak porządku to mają wyjebane. Cieszy się taki mały gnój, bo mimo że powinien dostać srogi opierdol, to ów opierdol zbiera obca osoba. Mały szatan sprzedaje matce niewinne spojrzenie, a mi chytry uśmieszek.

No… pozostaje w wielkim podziwie dla młodego, bo rośnie geniusz zła.

Innym zajebistym przykładem są singielki przybywające ze znajomymi i w ilu one knajpach nie były…. i czego one nie jadły…

Proszę Pani, chciałabym zjeść coś wyjątkowego…

No i superowo. Lubię słyszeć to zdanie, bo każde słowo delikatnie pieści moje uszka i już mam wizje opowieści o daniach i te dania i napiwek pozostawiony za wspaniały dobór potrawy, wina i obsługę. Biorę oddech i już chcę zaczynać swoją opowieść o podróży kulinarnej, w którą chcę zaprosić Panią i słyszę…

Dorsza panierowanego poproszę.

Powtarzam, bo myślę, że jestem obłąkana.

Dorsza panierowanego?
Dorsza panierowanego.
Do-rsza pa-nie-ro-wa-ne-go?
Dorsza panierowanego.

Tego dorsza, którego możesz zjeść w Łodzi, Zakopanem i Gdyni?

Tak tego samego. Bo nad morzem to są świeże. Tak. Są. Tylko… jest obecnie zakaz połowów dorszy. Mamy lipiec. Nikt. Nigdzie. Nie. Ma. Świeżego. Dorsza.

Trudno, nie oceniam. Tylko połączenie wyjątkowego i dorsz to idealny oksymoron. No spoczi. Jedz, co chcesz, nie zostawiaj napiwku, bo to tylko dorsz i już, bo w sumie tylko ci go podałam i taki ze mnie podawacz, a nie kelner.

Nie narzekam. Zdarzają się ludzie, dla których podawanie i prowadzenie serwisu jest piękne. Ludzie, którzy wiedzą, że nie mają kija w dupie, a wszystko, co widzą, jedzą, czują to zasługa zajebistej atmosfery tworzonej przez pracowników całej restauracji. Są otwarci i jeśli coś nie gra, to nie udają znawców, czy gwiazdy, którym kelner robi na złość, podając specjalnie coś fatalnego.

Chodzi głównie o to, że wydaje nam się, że płacę to wymagam. Masz racje, tylko umiej dostrzec:  co jest pięć, umiej uzasadnić, jeśli coś wydaje ci się źle przygotowane, nie kłóć się niepotrzebnie. Czasem wystarczy zasugerować, że coś jest w smaku dziwne, a dobry kelner sprawdzi, wytłumaczy, wymieni i przede wszystkim (co jest mega chujowe) weźmie do siebie i na siebie, zaświeci oczami za niedogotowane ziemniaki, których nie gotował, nie obierał i nie dotykał.