Gdy ci ciężko, gdy ci źle, spróbuj nie wkurwić się!

Kolejne dni mego życia mijają spokojnie, do czasu oczywiście, aż nikt mnie nie wyprowadzi z równowagi. Chciałabym powiedzieć, że jestem spokojną osobą niezawadzającą nikomu, jednak to nie tylko mijałoby się
z prawdą, ale tworzyłoby totalnie inny obraz mego jestestwa.

Bo ja się nie denerwuje… Ja się niebotycznie, niebanalnie wkurwiam. Zacznijmy od początku. Dzień jak co dzień — zwykły dzień kelnera. SMS wieczór wcześniej: „Zielińska! Wpadniesz do nas, bo Kaśka hora blagam ratuuuuuj”.

Nie lubię, kiedy ktoś nie używa przecinków w smsach, bo jakoś wyobrażam sobie kulejący język polski i stosy palonych słowników, książek, czasopism, w których zawarte są reguły stosowania poszczególnych znaków. Jednak wybaczam tego typu błąd, bo sama pisząc wiadomości na telefonie w biegu, gdzie drugą ręką trzymam torebkę i torbę z zakupami, nie mam możliwości wlepienia przecinka przed „że”. Dlatego brak przecinków wybaczam, ale…ale… ALE ortografia. No jak?! „hora”?

Już mam drgawki, pulsuje mi żyłka nad lewym okiem i już ginę, umieram, bo co z tego, że wyimaginowane stosy książek się palą, skoro tu już chodzi o to, że nie biorę tej osoby poważnie, gdyż jedyne pytanie, jakie mam w głowie to „Gdzie masz MÓZG i jakiekolwiek szczątki wyobraźni? Dobra. Nie ma co, odpisuję. „Będę.”
(Bardzo proszę zwrócić uwagę na kropkę na końcu tego jakże prostego zdania. To właśnie w niej wyrażam me imaginacje połączone ze smutkiem, okraszone pogardą. Tak zwana Kropka Nienawiści).

No dobrze, ranek pobudka o 4:30, by na 6 otworzyć restauracje i jakoś rozpocząć kolejny dzień gastro-życia. 4:30. CZWARTA TRZYDZIEŚCI i to jest najpóźniejsza godzina, tego nie pomalujesz i nie przestawisz budzika. Sen trwał około trzech godzin i nienawidzisz swego życia, świata i ludzi, którzy wyglądają „jakoś” na przystanku. Tylko ty prezentujesz postawę „kierowniku, lepiej nie podchodź”- pomieszanie żula, zombi
i znawcy kulturowych obyczajów, który znając siebie woli nie sugerować nawet kontaktu, by nikogo nie rozczarować brakiem chęci rozmowy. Śniadanie w hotelowych knajpach trwa od 7 do 10. Zabawa w uzupełnianie bufetu i sprzątanie sterty brudnych naczyń, których jedna osoba może użyć w tak licznych kombinacjach (spotkałam się z kolesiem, który-jak i ja w chwili, gdzie sterta brudnych naczyń pochłonęła wszystkie kubki-pił kawę w miseczce na płatki, jednak on był w hotelu, gdzie kubków nie brakuje, ale jak mawia mój kolega Ukrainiec na każdy problem, czy zarzut – co zrobisz, takie życie). Po śniadaniach czas na własne śniadanie, szlug i ogarnięcie lunchy oraz innych dziwnych rzeczy np. składanie serwetek. (Czy wiecie, że złożenie jednej serwetki zajmuje około 8 sekund, a do złożenia nieraz mieliśmy i po 70 serwetek, co daje
w minute 7 i pół serwetki złożonej w stożek, jednak nie liczę złapania jej i zabawy w odginanie. W każdym razie kiedy siedzę sobie w restauracji jako gość, to dopiero myśląc o tym procesie, zachwycam się gastro, bo widzę jak wiele pracy, jest włożone dookoła mnie.)

Lecimy dalej, przychodzą ludzie, jedzą, wychodzą. Przemiał. Cyrkulacja. Rotacja. Możesz być zmęczony, możesz gnić wewnętrznie, bo właśnie okazuje się, że jeden z profesorów wystosował do Ciebie maila. Czy po to wraca się na studia, żeby olewać je i iść do pracy? Poza tym facet narzeka, bo znowu się nie zobaczymy; nie masz czasu zobaczyć się z rodziną, bo bawisz się piwkując po dniu zapierdolu; a jednak wychodzisz na salę
i z uśmiechem wprost proporcjonalnym do ciśnienia w tobie podchodzisz do nowego stolika i pytasz – czy mogę przyjąć zamówienie?; mimo że w głowie myślisz – czego kurwa chcesz? Dobra, ciśniesz, latasz i jakoś się kręci, już zbliża się godzina zero – piękne pożegnanie i słodkie NAAARAAAA! Jednak zmiana popołudniowa się spóźnia, a ty dodatkowo masz do polerki sztućce i wszystko coraz mniej Cię bawi. Dlatego stoisz za barem, ciśniesz z polerką i miną nietęgą (nie silisz się nawet na uśmiech do gości). Nareszcie! Zbawienie. Zmiana. Wymiana. Wolność. Delikatny i błogi podmuch lekkiego wiatru przy drzwiach i cudowne wizje wolnego popołudnia. Wewnętrzna cisza, spokój opanowanie. Ciśnienie, niewyspanie i lekki wkurw nie znikają, ale stają się znośne. Wychodzisz i mimo bolących stóp i zmęczenia ukrytego w całym ciele uśmiechasz się niczym więzień wychodzący z zakładu karnego. ŚWIECIE nie nadchodzę! Chcę tylko coś zjeść i stworzyć najpiękniejszy związek na świecie, czyli pożyć w symbiozie poligamicznej z poduszkami, kołdrą
i łóżkiem-łóziem-łóżeczuniem. Wesoło, ale śpiesznie maszerując, przypominasz sobie o pustce, którą musisz uzupełnić – LODÓWKA. W takim razie markecik, w końcu trochę ich jest. Jednak zasada jest jedna: zakupy mają być szybkie. Wybierasz coś gotowego, czyli jakaś gówniana mrożonka, lecisz do kasy, idziesz pewnie przed siebie, nie łapiesz nawet, kiedy Twoja prawa ręka instynktownie złapała specjalnie dla Ciebie
w imieniu zadośćuczynienia za zło tego świata zimne piwerko. Docierasz do kasy, masz dwie osoby przed sobą. Młode małżeństwo, więc może pójść dosyć szybko. I idzie. Moja kolej. Rzucam tylko na starcie

– jeszcze papierosy.

– Dowód poproszę.

Gram na zwłokę, ale przecież nie wyglądam na 18. (Lata alko i szlugów elegancko odłożyły zmarszczki na mej twarzy, a chrypa przyszła wraz z nimi)

– To miłe, jednak chyba nie wyglądam na 18.

– Różnie bywa.

Roszarpuje kasjerkę wzrokiem, wyciągam portfel, przeszukuję kolejne przegródki

– NIE MAM.

Nie mam, nie mam echem rozbrzmiewa mi w głowie.

– No to nie sprzedam papierosów. O, i piwa też nie.

Coś we mnie pękło. Coś się zmieniło. Popatrzyłam na nią. Tleniony blond spięty w zbyt wysoki koński ogon, poprzedzony opaską; źle dobrany puder do cery, jej twarz wydawała się chodzić na solarium trzy razy dziennie, pozostając w bolesnym kontraście do reszty ciała (nie wspominając o szyji). Pastelowy róż na powiekach i błyszczyk w mocnieszym odcieniu różu na ustach. Była dla mnie uosobieniem tego całego dnia. Nie należała do żadnego kanonu (nie chcę używać słowa „piękna”, bo tutaj nie było nawet cienia czegokolwiek przystającego do tego określenia). Czułam jak ciepło srogiego wkurwu rozpływa się po moim ciele dreszczami. Uśmiechnęłam się i grzecznie wycedziłam

– Pierdolę to!

Wyszłam, dotarłam do domu, rzuciłam się na łóżko, leniwie zdjęłam buty i zagrzebałam się wśród poduszek
i kołdry. Myślałam o tym, że po co brać to wszystko do siebie. Przez cały dzień wszystkie rzeczy z kategori nie-tak zgromadziły się we mnie i krążyły po ciele z krwioobiegiem. Zasnęłam w ubraniach. Spałam snem sprawiedliwie wkurwionych.

  • Asia Woźniak

    W pracy dostałaś opierdol, przepłaciłaś w sklepie, dostałaś niedopłatę za prąd, wpadłaś w panikę, że jesteś gruba i brzydka. Jesteś głodna, w lodówce nic nie ma, a ty jesteś zbyt nieszczęśliwa, aby iść na zakupy i zbyt rozmazana, aby otworzyć drzwi kurierowi, który właśnie dowiózł skurwiałego chińczyka. Żarówka padła w łazience, sikasz więc świecąc sobie w krocze telefonem, który wpada do muszli. Skończył się papier toaletowy i koci żwirek. Podcierasz się płatkami kosmetycznymi i idziesz zawinąć się w koc, w burrito rozpaczy.

    😉

    • Żywoblog

      No a jak Aśka!
      Frustracja mi się wylała i tak to się kończy😂
      Mimo wszystko lato przybyło i pocieszam się, że może już trochę pech odpuści i każdy wrzuci na luz.
      Pozdrowienia od Hucpy 😉

      • Asia Woźniak

        pech mógłby odpuścić… albo trzeba sobie odpuścić zawracanie sobie gitary rzeczami z DUPY, na które mimo bujnej wyobraźni o własnej mocy sprawczej nie ma się wpływu ni chu chu… gdybym miała piwko i zapas pizzy przy łóżku, byłabym burritem szczęścia, nie pamiętając już o zastosowaniu wacików niezgodnie z ich przeznaczeniem, wszak wyznaję japoński minimalizm ostatnimi czasy :p