Zawsze brzydziłam się stolicą, (jak każdy) z pogardliwym uśmiechem nazywając ją Warszafką. Mity o szybkim kroku na ulicach, ludziach małych, przepełnionych małymi marzonkami o karierze w szołbizie, wciśnięciu się do światka kłamstewek, małej- wielkiej, wyświechtanej z definicji sztuce i życiu w prawdziwym XXI wieku docierały do mnie stopniowo, stawiając wielki mur między moim małym jestestwem a planami czy nawet w jakimś stopniu prawdopodobieństwem zamieszkania w tym dzikim mieście.

Jednak z doświadczenia nie tylko swojego, ale i z doświadczania siebie wiem, że los bywa pokrętny i wszystkie drogi może i prowadzą do celu, jednak przez krainy których, nawet jeśli chcemy uniknąć to i tak wpadniemy, jak nie na dzień, trzy czy sześć to na rok a może i cztery w gorszym przypadku.
A co to znaczy? Tak… siła robocza przybyła. Bywałam tutaj, jednak tym razem wiem, że sprawa może potrwać dłużej (gdzie użycie słowa może jest tylko tlącym się żarem ostatnich nadziei). Pierwsze wrażenie nie zrobiło wrażenia, ani nawet pół. Dworzec jak dworzec, metro jak metro, ludzie jak ludzie. Obładowana bagażem doświadczeń dojechałam do celu.

Rozdział 2 – rozmowa z właścicielem mieszkania, czyli dlaczego lepiej wynajmować od mężczyzn, czyli jak wstrzymać język, czyli trzymajcie mnie, bo mam ochotę jej…
Może przesadzam, jednak widziałam i zresztą miałam okazję dwukrotnie wynajmować od kobiet mieszkania. Tym razem jednak nie była to konserwatywna pani magister, która już niebawem będzie team-liderem w podrzędnym korpo, a nieogarnięta, trochę zakompleksiona pani magister, która naprzemiennie robiła z siebie ofiarę, która nie wie co ma robić, i milfa, który chce pieniędzy, jednak ma serce i rozumie wszystkie kwestie wątpliwości i trudu wyduszenia trzykrotnej kwoty czynszu na rzecz depozytu. No nic. Jakoś poszło pieniądze wyciągnięte niby z gardła, a będą dusić kolejny miesiąc spłacania. Bezradność przy popsutych sprzętach byłaby słodka, gdyby nie to, że kolejne parę tygodni będzie się zastanawiać jak naprawić pralkę, zamiast wezwać kogo trzeba albo kupić nową. No chuj. Nie w takich warunkach się żyło i nie ma na co narzekać, gdyby nie fakt, że to spotkanie poprzedziła rozmowa o pracę, czyli rozdział 1, który będzie jako drugi.

Rozdział 1- właściwy początek obalenie mitu, profanum, upadek wzlotu i śmiech na salonach.
Wiadomo opcja zdobycia pracy w branży pokrewnej do kierunku studiów cieszy. Nawet najlepszy piątkowy socjolog porzuciłby Mc Donald’a dla bycia socjologiem parzącym kawę dla zatrudnionych wyżej socjologów. Dlatego z uśmiechem wyruszyłam w krótką podróż po mieście, by znaleźć się w małej uliczce, w małej podrzędnej knajpie udającej coś więcej niż maszynkę do łatwego fast food’owego hajsu. Mimo że parę razy się zgubiłam, mimo świetnej orientacji (niech kartografowie i moi znajomi milczą) nawet ani w pół nie przeklęłam tylko na trzeźwo (to też niemała nowość i może poniekąd skutek wielu rozczarowań, stresów, smutków), lecz dzielnie odnalazłam drogę w tłumie śpieszącej się korpo masy i babci ze zbyt ciemnymi brwiami.
Dotarłam. Telefon do przyszłej pracodawczyni, która z biegu minęła jakiekolwiek formy i złudzenia grzecznościowe. Czekam. Pani Q przybywa. Z dwoma ozdobnikami- X- cicha blond urocza dziewczynka, która mogłaby być moją młodszą siostrą, -Y- kobieta może i nawet w moim wieku, jednak zbyt wykonturowana na twarzy- co nigdy nie przemawia do mnie zbyt dobrze (1. ma za dużo czasu na makijaż [nie macie pojęcia ile trzeba nałożyć na twarz mazi żeby zakryć niedoskonałości] 2. insta girl ze sznurem hasztagów ciągnących się przy każdym wpisie 3. przekonanie „jestem zadbana, ale nie głupia i ci to udowodnię”, gdzie próg prawdopodobieństwa, że rzeczywiście mi to udowodni jest niski, bliski zeru, a wręcz nieprawdopodobny, a jeszcze bardziej wręcz magiczny i umowny).

Od początku wiemy, że ozdobniki też wydadzą jakiś werdykt, jednak najważniejsze zdanie będzie miała Pani Q – niby naturalna, kobieta z jajami, czy jak kto woli kobieta sukcesu, siekiera, która bardziej udaje siekierę w jakimś modnym sklepie z rzeczami vintage niż rzeczywiście nią jest. Zaczęło się- pięć mocnych cech, opowiedzieć o sobie, co lubię, jaka jestem- banał. Wyłania się jeden z tatuaży- Pani Q myśli, że mogę to zmyć, poza tym to insygnia śmierci z Harrego Pottera i opowieść przybliżająca im historię tego tatuażu udowadniają tylko, że wyznaję kult Illuminati więc już dociera do mnie, że raczej się nie dogadamy. Kolejne skrzywienie na studia- to jest staromodne! Gwóźdź do mojej social trumny – w wolnym czasie czytam książki – WTF? Wtedy następuje ulubiony moment tej opowieści.

Pokaż swój instagram – rzekła poważnie Pani Q.
– Nie mam pakietu (internetu- przypis zdziwionego, ale zarazem rozbawionego i wyczekującego na rozwój akcji autora) na telefonie.
Pani Q rzuciła mi swój telefon, co miało znaczyć wpisz się i odnajdź. Dobrze znam siebie i wiem jak podchodzę do instagrama, snapchata i reszty aplikacji, które odsłaniają życie prywatne zbyt mocno, owszem korzystam, ale raczej, a nawet na pewno z głową. Po co to mówię? Bo wzięłam jej telefon i z dumą pokazałam nie tylko zablokowane dla nieznajomych konto, ale również ogromną przepaść, jaka nas dzieli. Mimo to Pani Q uznała, że chce zobaczyć moje zdjęcia, zobaczyła, skomentowała – No… Nie jesteś fashion. Pewnie nie znasz się na stylistach kosmetykach, fryzurach i projektantach.

Pewnie nie. Nie wiem kto jest kim i po co. Nie wiem i jakoś nie przekonuje mnie konturowanie twarzy, raczej delikatny makijaż włosy często rozczochrane i niepoukładane, jak i myśli, idee i plany. Jakoś szukam sensu i jakichś odpowiedzi na jakieś może płytkie, może wyświechtane pytania o przyczyny, o cel. A może po prostu jakoś nie przystaję do tego środowiska. Jedno wiem, że nie chcę, bo dla nich liczy się tu i teraz w oklepanie banalny sposób.

Podziękowałam, one zgodnie podziękowały trochę ciesząc się, że nie przekonuje ich, że zasługuję na to stanowisko i że mimo dobrego wrażenia (jak to powiedziała Pani Q) to tu nie pasuję. Wyszłam a w głowie miałam księgę Eklezjastesa i jego vanitas vanitatum, et omnia vanitas tylko nie wiedziałam, czy to bardziej do mnie, czy do nich, czy do tej parodii świata, namiastki dni, które będzie trzeba przeżyć.
Dzień zakończyłam z kieliszkiem wina i wytrzeszczonymi oczami. Wtedy przyszła do mnie taka myśl, że los bywa pokrętny, a komuś sterującemu tym wszystkim nie można zarzucić jednej jedynej rzeczy- braku poczucia humoru.

  • Maja Biniek-Zielińska

    No cóż Stwórca ma na pewno wielkie poczucie humoru , przecież stworzył nas na swoje podobieństwo . A co innej kwestii ile jest alf i omeg w świecie mody, a ile jest KOPI ? I najgorsze są te kopie które mają się za znawców i prekursorów 😉

  • Asia Woźniak

    nie wydaje Ci się, że uważanie wszystkiego i wszystkich za banalne, nieważne i drugoplanowe, podczas kiedy samych siebie mamy za wyjątkowych, lepszych, „nieskalanych tą płytką gonitwą za nie wiadomo czym” jest druzgocąco banalne? tak banalne jak pomysł, że między nami, a tymi banalnymi, malutkimi ludzikami z malutkimi marzonkami jest przepaść i przekonanie o naszej bezsprzecznej wyższości. słowo „jakiś” i wszystkie jego odmiany zastosowane w tekście w porażającej ilości działają na mnie jak werbalny kondom odzierając zdania ze stanowczości i przekonania o własnym, niezachwianym zdaniu na powyższe tematy. ale być może był to celowy zabieg, na którym się nie poznałam, o zgrozo 😉